Mistyczne ciało i ból.
Mistyczne Ciało, czyli miłość silniejsza niż ból
Coraz wyraźniej czuję, że Mistyczne Ciało Chrystusa nie jest ideą, lecz życiem, które krąży między nami — cicho, uparcie, niezniszczalnie. Nie zawsze w uniesieniu. Często w słabości. Ale zawsze w miłości.
Moje ciało dziś stawia opór. Kręgosłup boli, każdy krok jest wysiłkiem, siedzenie nie pozwala na skupienie, a cisza medytacji bywa niedostępna. Do tego leki, choroba, ból, który idzie głębiej niż mięśnie. A jednak — i mówię to bez patosu — w samym środku tego wszystkiego jest we mnie miłość do Jezusa. Spokojna. Uparta. Żywa.
Zaczynam rozumieć, że w Mistycznym Ciele Chrystusa nie chodzi o sprawność ani o formę. Chodzi o relację. O to jedno, proste pragnienie: kochać Innego. Być zwróconym ku Niemu, nawet jeśli nie mogę uklęknąć, usiąść, skupić myśli. Nawet jeśli mogę tylko oddychać.
Reszta naprawdę jest scenografią. Zmienia się, rozpada, czasem przygniata. Ale miłość — ta, która rodzi się z Jego obecności — nie podlega tym prawom. Czuję, że nic nie jest w stanie jej pokonać. Żaden ból. Żadna choroba. Żadne ograniczenie ciała ani umysłu.
W Mistycznym Ciele Chrystusa jest miejsce także dla tych, którzy nie mogą „więcej”. Którzy nie działają, nie wytwarzają, nie udowadniają. Jest miejsce dla tych, którzy po prostu kochają. A czasem tylko chcą kochać — i to już wystarcza.
Jeśli dziś czymś żyję, to tą prostą prawdą:
że miłość, nawet bardzo cicha, jest najgłębszym ruchem Boga w człowieku.
I że nic — naprawdę nic — nie jest w stanie jej odebrać.



Komentarze
Prześlij komentarz