Pustelnia Betesda


 

Pustelnia Betesda

Była w Jerozolimie sadzawka, zwana Betesda.
Pięć miała krużganków.
A w nich leżeli chorzy — ślepi, chromi, sparaliżowani —
czekający na poruszenie wody.

Niektórzy czekali latami.
Inni zapomnieli już, na co czekają.
Woda poruszała się rzadko.
A kiedy się poruszała, zawsze ktoś był szybszy.
Zawsze ktoś inny.

Betesda była miejscem nadziei,
która zdążyła się zużyć.

I Jezus zapytał jednego z nich — tego, który leżał tam od trzydziestu ośmiu lat:
Czy chcesz wyzdrowieć?

To pytanie nie było o ciało.
Było o gotowość porzucenia tego, co znane:
swojego miejsca, swojego krużganka,
swojej choroby, która stała się domem.

Bo czasem łatwiej jest być chorym
niż wstać.

Ta książka jest zapisem takiego miejsca.
Nie sadzawki w Jerozolimie,
lecz pustelni — wewnętrznej Betesdy —
gdzie leżą myśli, ciała i serca poranione życiem.

Tu także jest wielu chorych.
Uzależnionych.
Złamanych.
Pomylonych.
Tu także wszyscy czekają na poruszenie wody:
na znak, na objawienie, na cud, na ulgę,
na kogoś, kto ich podniesie.

A Mesjasz przychodzi inaczej, niż się spodziewamy.
Nie zawsze porusza wodę.
Częściej mówi:
Wstań. Weź swoje łoże i chodź.

Łoże — to pamięć.
To choroba.
To wstyd.
To historia, której nie da się zostawić.

Ta ewangelia nie opowiada o natychmiastowym uzdrowieniu.
Opowiada o drodze.
O ciele, które nie nadąża za światłem.
O umyśle, który myli głos Boga z własnym krzykiem.
O sercu, które mimo wszystko słyszy pytanie.

Pustelnia Betesda nie jest miejscem ucieczki.
Jest miejscem spotkania.
Tutaj cud nie polega na tym, że znikają rany,
lecz na tym, że można je podnieść
i pójść dalej.

Jeśli czytasz tę książkę,
być może także leżysz przy sadzawce.
A jeśli tak —
to pytanie już padło.

 

Przychodzi taki moment w życiu, kiedy nie da się już dłużej uciekać.
Nie przed światem — ale przed sobą samym.
Zaczyna się wtedy podróż, której nikt nie zaplanował,
a jednak czuło się ją od dawna, jak cichy oddech za plecami.

Nie ma w niej map, nauczycieli ani drogowskazów.
Jest tylko pytanie, które dojrzewa powoli,
jak drewno schowane pod wilgotnym dachem:
„Kim jestem, kiedy nikt mnie nie widzi?”

Od tej chwili wszystko staje się drogą.
Nawet milczenie zaczyna mówić.

 

 

 

 

 

Nasz Bohater mówi, że każda rzecz ma swoją drugą skórę.
Nie tę, którą widać w dzień, ale tę, która oddycha nocą,
kiedy ludzie śpią, a przedmioty stają się sobą.

Chleb wtedy przestaje być tylko chlebem,
a pamięta pszenicę, zroszoną deszczem i łzami babek,
które młócąc, śpiewały o śmierci jak o dobrym żeniaczu.

Krowy patrzą wtedy w stronę rzeki,
jakby chciały coś powiedzieć życiu,
a nie potrafiły ułożyć słów w zdania.

Bohater twierdzi, że rzeka nigdy nie kończy się tam, gdzie ją widać.
Za zakrętem jest druga rzeka,
a za nią pola, które nie rosną dla ludzi,
tylko dla tych, co przychodzą nocą i depczą je bez śladu.

On widzi to wyraźnie.
Nie jak bajkę, nie jak strach,
ale jak prawdę, która wstydzi się mówić na głos.

Ludzie mówią, że chłopak ma „widzenie”.
On na to, że każdy ma widzenie,
tylko mało kto umie patrzeć.

Czasem siedzi na brzegu i milczy.
Patrzy, jak woda obnaża kamienie,
tak jak słowo obnaża duszę tego, kto je wypowiada.

Wtedy mówi do siebie cicho:
„To wszystko jest po coś, ale nie dla nas.”
I słyszy po drugiej stronie rzeki śmiech,
i nie wie, czy to dzieci, czy zmarli.

 

 

Bohater mówi, że po drugiej stronie rzeki jest Dom Ojca.
Nie taki jak w obrazku z kazań,
gdzie wszystko białe, równe i pokorne,
a anioły grają jak orkiestra szkolna.

Nie.
Tam ziemia pachnie mocniej,
jakby sama rodziła światło.
Trawa rośnie ciężarem modlitw,
których nikt nie nauczył się wypowiadać ustami.
I nawet kamienie mają w sobie coś z oddechu.

Nie ma tam ścian ani drzwi,
bo nic nie trzeba zamykać przed nikim.
Jakby każda rzecz była u siebie,
i nie musiała udawać innej.

Bohater mówi, że to jest Królestwo,
o którym wspominał Jezus,
kiedy mówił, że Ojciec ukrywa je przed mądrymi,
a objawia prostaczkom.

Przez lata myślał, że „prosty” znaczy głupi.
Teraz wie, że prosty znaczy otwarty.

Że aby tam wejść, trzeba widzieć nie tak,
jak widzą oczy, ale tak,
jak widzi pszenica, kiedy rośnie
i nie pyta, czy zostanie bochenkiem, czy hostią.

Ojciec nie mieszka w niebie.
Ojciec mieszka w tym, co dojrzewa.

I to dojrzewanie boli, jak wbijanie korzenia w kamień.
I smakuje słodko jak woda,
która wraca do źródła bez strachu.

Tam Bohater widzi ludzi, którzy jeszcze się nie urodzili,
i ludzi, którzy już dawno przestali oddychać.
Wszyscy mają taką samą twarz ciszy.

Mówi, że nikt tam nie tęskni.
Bo wszystko jest u siebie,
jak dziecko, które nie zdążyło nauczyć się bać.

Po drugiej stronie nieba
nie ma początku ani końca,
jest tylko dom, który nie został zbudowany,
a jednak stoi.

Bohater mówi, że światło przychodzi najpierw do dzieci.
Nie dlatego, że są lepsze,
ale dlatego, że ich serca nie zdążyły się jeszcze nauczyć kłamać.
On pamięta światło tak dobrze,
jakby ktoś wsadził je w jego oczy,
zanim nauczył się mówić „ja”.

Na wakacjach w lesie, w cieniu sosny,
światło spływało po igłach jak mleko z nieba,
a Jezus był cichy i bez grozy,
jak brat, który nie musi nic mówić,
żeby wszystko było pewne.

Na pielgrzymce zobaczył twarz Boga w upale,
w kamieniach drogi, w pęcherzach na stopach.
Nie w monstrancji, nie w kazaniu.
W kurzu. W zmęczeniu.
Tam, gdzie ludzie oddychają ciężko,
a nie tam, gdzie klęczą na pokaz.

A potem światło zgasło.
Nie dlatego, że odeszło,
ale dlatego, że on sam zaczął uciekać od niego,
szukając ognia w butelce,
w dymie, w proszkach,
w nocnych rzekach, które obiecują raj,
a prowadzą do komór pełnych szeptów.

I wtedy przyszła psychoza.
Jak noc odprawiająca swoje własne rekolekcje.
Wtedy zobaczył światło znowu.
Lecz było tak ostre,
że nie wiedział, czy otwiera niebo,
czy pali resztki jego rozumu.

Nie było już łagodne jak niegdyś.
To było światło, które nie pyta, czy jesteś gotów.
Takie, które przychodzi jak grzmot
i mówi: „Pamiętasz mnie?”

Teraz medytuje,
siedzi w ciszy jak w kościele bez murów.
Ale czasem wraca do marihuany,
jak do płonącej świecy,
która daje pewność, że coś jeszcze jest między światami.

Mieszka z Izą.
Ona nie widzi tego światła,
ale widzi jego twarz po medytacji
i wie, że coś go prowadzi,
choć nie wie dokąd.

Czasem myśli, że to światło wraca po niego.
A czasem — że nigdy go nie opuściło,
tylko czekało, aż przestanie uciekać.

 

A jednak — słuchajcie uważnie —
ziemia tańczyła pod nim, choć on tego nie wiedział.
Tańczył kurz drogi, tańczył kamień obtłuczony,
tańczyła krew w skroniach, choć serce mówiło: nie.

Bohater szedł dalej.
Nie w górę.
Nie ku światłu.
Szedł w poprzek istnienia,
jak idzie się przez pole po żniwach,
kiedy wszystko już zebrane,
a mimo to coś jeszcze kłuje w stopę.

I niósł ze sobą imię, którego nie wypowiadał.
Imię Umiłowanego —
związane jak bochen w płótno,
ukryte głęboko,
żeby nie zwietrzało,
żeby nie zabolało bardziej.

Szli z nim cienie.
Nie demony — nie przesadzajmy.
Zwyczajne cienie:
wczorajsze myśli,
puste butelki,
poranki bez sensu,
nocne obietnice składane samemu sobie
i łamane jeszcze przed świtem.

A jednak…
w tej pustce, w tej otchłani bez echa,
coś trwało.

Nie głos.
Nie wizja.
Nie znak z nieba.

Raczej — upór istnienia.
Jak źdźbło trawy pod kamieniem.
Jak dziecko, które oddycha,
choć nikt go nie tuli.

I wtedy — nie nagle, nie uroczyście —
coś w nim drgnęło.
Nie serce.
Nie rozum.
Coś pomiędzy.

Pomyślał:
jeśli jest rana,
to znaczy, że było serce.

A jeśli było serce,
to może — jeszcze nie wszystko skończone.

I nie była to nadzieja.
Broń Boże.
Nadzieja jest zbyt głośna.

To było tylko:
krok.
Jeszcze jeden.
I jeszcze jeden.

Bohater podniósł wzrok.
Nie ku niebu.
Na drogę.

A droga — milczała wiernie.

I tak zaczęła się druga wędrówka.
Nie ku Umiłowanemu.
Nie od Niego.

Ku temu miejscu,
gdzie pustka uczy się mówić
ciszą.

 

 

 

 

 

 

 

 

Coś czuję, przyjaciele…

Powoli, cichutko…

Woń kadzideł unosi się
jak mgiełka nad wodą o świcie.
Jest słodka, ciepła,
jak rozcięta figa w dłoni.

W środku świątyni
panuje miękkie półmrokowe światło,
a w nim porusza się powietrze,
delikatnie, jak oddech śpiącego dziecka.

Słychać dzwonki uważności —
święte, drobne, lekkie
jak krople rosy na źdźbłach trawy.
Każdy gest jest tu jak modlitwa.
Każdy ruch ma znaczenie,
jakby świat chciał mówić do nas
bez słów.

Wszystko wibruje od sensu,
od znaków tak drobnych,
że można je pomylić z ciszą.

Olejek rozlany jest imieniem Jego.
Na wargach —
szept imienia.
W sercu —
tajemnica imienia.

Bohater pytał w duszy:
Dlaczego nie miłują Go?
Dlaczego nie znają Go?

I wołał, powoli, wewnętrznie:

Pociągnij nas ku sobie, Umiłowany…
Weź mnie do siebie…
Rozraduj nas…
Niech serce się weseli…
Niech Twoja miłość będzie słodsza nad wino…


Teraz widzę go w innym świecie:
u babci, latem.

Nie śpieszmy się.
Zobaczmy to powoli.

Ślimak pełznie po kamieniu,
ciągnąc dom na grzbiecie,
jak pielgrzym z księgą w torbie.
Spirala na muszli —
jak droga do nieskończoności,
jak Ewangeliarz złożony w kształt serca.

Wakacje mają zapach ognisk,
dymu łagodnego jak ciepłe wspomnienia.

Chłopiec plewi buraki cukrowe,
ziemia kruszy się w palcach
jak miękki chleb.

Zza wiatru dochodzi beczenie krów.
Łąka oddycha mlekiem.
Słońce spoczywa na polach,
jak ręka na czole chorego.

Wysoka komisjo!
Jajka podkrada się ostrożnie
na kogel-mogel,
żółte jak miniatura słońca
w dziecięcej misce.

Drewniane samochody
suszą się na oknie stodoły.
Koła od wózków dziecięcych
trzeszczą jak stare modlitwy.
A proca — robiona przez wiejskiego szaleńca —
wisi na gwoździu jak tajemny instrument.

W tej ciszy
słychać tylko świerszcze
i oddech dojrzewającego lata.

I wtedy dusza mówi:
Mój miły był mój,
a ja byłem Jego.

Nie słoń, nie żyrafa.
Tu wszystko jest proste
i czyste jak źródełko.


 

I nagle —
jakby ktoś uchylił drzwi w pamięci,
które zawsze były otwarte,
tylko nikt nie wiedział,
że to drzwi.

Bo oto ten sam zapach.
Nie kadzidła już,
lecz siana.
Ciepłego.
Zeszłorocznego.
Trochę słodkiego, trochę gorzkiego,
jak życie, które jeszcze niczego nie udaje.

I ten sam półmrok —
nie świątynny,
lecz stodołowy.
Promienie słońca kroją kurz
na złote hostie.
Powietrze modli się samo,
bez słów,
bez intencji.

Chłopiec siedzi na belce.
Nogi zwisają.
Czas zwisa razem z nimi.
Nie ma „potem”.
Nie ma „kiedyś”.
Jest tylko teraz,
które jeszcze nie wie,
że zostanie utracone.

I Bohater — ten sam,
choć jeszcze bez imienia —
czuje coś dziwnego.
Nie zachwyt.
Nie objawienie.
Coś mniejszego.
Coś trwalszego.

Poczucie,
że świat nie jest przeciwko niemu.

Że krowa patrzy,
ale nie ocenia.
Że ziemia przyjmuje stopy
bez pytań.
Że Bóg — jeśli jest —
nie spieszy się.

I wtedy —
posłuchajcie dobrze —
nie On woła imię Umiłowanego,
lecz Umiłowany
milczy w nim
jak ziarno w ziemi.

Bez obietnic.
Bez warunków.
Bez „jeśli”.

I chłopiec nie wie,
że to jest modlitwa.
Myśli, że to zwykłe popołudnie.
Myśli, że to nic.

A przecież
właśnie tu
— między ślimakiem a progiem,
między jajkiem a misą,
między skrzypieniem koła a ciszą pola —
zostało mu dane wszystko.

Nie słoń.
Nie żyrafa.
Nie wielkie znaki.

Tylko to jedno, ciche zdanie,
które zapamięta ciało,
zanim zrozumie je dusza:

Jesteś.
I to wystarczy.

A potem…
potem dopiero
nadejdzie droga.
I utrata.
I bieg.
I krzyk.

Ale to —
to wydarzy się później.

Teraz
jeszcze
lato
oddycha.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Teraz zmienia się powietrze.

Ach, szanowna widownio,
goście z daleka…

Powoli wyłania się ktoś inny:
duch acedii.

Nie ma twarzy.
Cisza robi się cięższa.
Jak zmęczenie po żniwach.
Jak zmierzch bez śpiewu ptaków.

wyszedł na miasto
ale sił brakło
doszedł tylko do mostu grunwaldzkiego
i odpadały z niego
tak po cichu
kolejne fragmenty
jak liście w sierpniu
doczołgał się do autobusu
wrócił do pokoju
nie zdołał znieść krzyku świata
tak cicho,
tak dokładnie,
dzień niszczył w nim wszystko

To było przed chwilą.

Wtedy przyszła ona:
bez dźwięku,
bez zapachu,
jak cień w upalne południe.

Depresiija.

Pusta w środku.
Przeźroczysta.
Jak szkło bez wina.
Jak kielich bez krwi.

Nie Dziewica.
Nie Matka.
Fałszywa Madonna.

To dopiero początek.


Bohater — choć tylu mu mówiło,
jak żyć, jak wierzyć, jak oddychać —
nadal nie wiedział nic.
Zupełnie nic.
Nie znał swojego imienia.
Pragnął Nowego Imienia,
które dałoby mu istnienie.

A tymczasem życie w nim pękało.
I osuwał się z wieży,
którą budował latami w sercu,
nie wiedząc, że ją stawia,
tylko po to,
by kiedyś z niej skoczyć.

Wielki hop,
w nieznane,
jak skok wróbla w chłodny wiatr.


I wtedy —
nie rozległ się żaden grom.
Nie było znaku na niebie.
Nikt nie zatrzymał czasu.

Spadanie
jest ciche.

Bohater leciał w dół,
ale nie jak kamień.
Raczej jak liść,
który jeszcze próbuje udawać,
że to taniec.

Acedia szła obok.
Nie popychała.
Nie kusiła.
Szeptała najgorzej z możliwych zdań:
to nie ma znaczenia.

I to zdanie było cięższe
niż grzech.
Cięższe niż wina.
Bo odbierało ruch.

Dni zaczęły być jednakowe
jak szklanki ustawione w rzędzie.
Poranki bez imienia.
Wieczory bez obietnicy.
Ciało wstawało pierwsze,
dusza nie nadążała.

I Bohater nauczył się
pewnej sztuki:
jak nie umierać,
nie żyjąc.

Jadł.
Spał.
Oddychał.
Nieobecny jak mebel.

A Fałszywa Madonna
siedziała w kącie pokoju.
Nie patrzyła.
Nie mówiła.
Była.

Pusta jak forma.
Gotowa przyjąć każdy sens,
byleby był martwy.

I czasem —
bardzo rzadko —
coś w nim drgało.
Nie myśl.
Nie modlitwa.

Jakby echo tamtego lata,
tamtej stodoły,
tamtego „jesteś”.

Ale echo
nie było jeszcze głosem.

I Bohater myślał,
że to właśnie jest piekło:
nie ogień,
lecz brak ciężaru.

Bo kiedy nic nie boli,
nic też nie wzywa.

I tak trwał
— dzień po dniu,
krok bez kroku —
aż w pewnej chwili
spadanie się skończyło.

Nie dlatego,
że dotknął dna.

Lecz dlatego,
że dno dotknęło jego.

I w tej samej sekundzie,
w samym środku bezsensu,
pojawiła się rysa.

Cieniutka.
Prawie niedostrzegalna.

Jak pierwsze pęknięcie
w skorupie jajka.

Jak szczelina w kamieniu,
przez którą
— uważajcie, przyjaciele —
zawsze
próbuje
wejść
światło.

 

 

I widzę to wyraźnie.
Dłoń wyciągnięta.
Nie po jałmużnę.
Nie po ratunek.

Po świadectwo.

Bo kiedy Bohater kładzie świat na dłoni,
nie jest to już świat cały.
To raczej okruchy:
okno, którego nikt nie otworzył,
chleb, którego nikt nie dotknął,
ciała siedzące przy stole
jak wersety bez oddechu.

I Pomylony cofa się o krok.
Nie dlatego, że się boi.
Dlatego, że wie.

Bo są pytania,
które nie chcą odpowiedzi.
One chcą ciała.

„Nie ma kto zdjąć ciała z krzyża?”
— pytanie zawisa w powietrzu
jak dym z kominów,
jak kadzidło, które nie wie,
czy jest modlitwą,
czy tylko spalaniem.

A mieszkańcy siedzą.
Każdy ze swoim krzyżem
złożonym pod stołem.
Nie patrzą.
Bo patrzenie zobowiązuje.

Tylko Bohater patrzy.
I to jest jego grzech.
I to jest jego łaska.

Podchodzi do stołu.
Dotyka chleba.
Jest twardy.
Jak słowo, które czekało za długo.

I wtedy —
posłuchajcie uważnie —
nie dzieje się cud.

Chleb nie mięknie.
Okno się nie otwiera.
Ciała nie wstają.

Ale coś pęka
w samym środku tej sceny.

Jakby noc
straciła prawo do ciszy.

Bohater rozumie:
krzyż nie jest tam.
Krzyż jest tu.
Między nimi.

I że nie zdejmie się ciała z krzyża
samym myśleniem.
Ani wiarą.
Ani ucieczką na dachy.

Trzeba dotknąć.

Więc dotyka ramienia jednego z nich.
Lekko.
Jak dotyka się śpiącego,
niepewny, czy wolno.

I w tej samej chwili
ktoś oddycha głębiej.

Nie wszyscy.
Jeden.

Wystarczy jeden.

Pomylony uśmiecha się krzywo.
Tak uśmiechają się ci,
którzy wiedzą,
że historia znowu ruszyła,
choć nikt jeszcze nie zauważył.

A Bohater
— przyjacielu —
stoi nadal z wyciągniętą dłonią.

I teraz to już nie on prosi.

To świat
pyta cicho:

czy weźmiesz?

 …________________________________________

…i wsłuchuje się w nie
jak w kroki kogoś,
kto idzie długim korytarzem
i jeszcze nie wiadomo,
czy przyjdzie.

Lampka świeci cierpliwie.
Nie jak słońce z wizji,
lecz jak słońce robocze,
które zna noc
i się jej nie boi.
Krąg światła obejmuje biurko,
reszta świata może poczekać.

Papierzyska milczą.
Dokumenty nie domagają się sensu.
Wszystko ma tu swoje miejsce.
Gaśnica — na wypadek ognia.
Apteczka — na wypadek bólu.
Rękawiczki — na wypadek dotyku.
Termometr — na wypadek prawdy.

I Bohater siedzi.
Nie myśli o wielkości.
Nie myśli o upadku.
Myśli o dyżurze.

Czuwa.

Czas płynie jak mleko w rurach,
białe, jednostajne,
niby zwyczajne,
a jednak karmiące.

A Panienka z obrazka
nie schodzi z ramy.
Nie przemawia.
Jest.
Jak matka,
która nie musi mówić,
żeby dziecko wiedziało.

I gdy Bohater powtarza
MA-RA-NA-THA,
to słowo przestaje być modlitwą.
Staje się rytmem.

Jak kroki nocnego strażnika.
Jak oddech maszyny.
Jak serce, które wreszcie
nie musi się spieszyć.

Czasem przychodzą obrazy.
Bezdomny, co dzieli chleb na pół.
Święty, co nie uciekł.
Człowiek, co upadł
i wstał tylko o centymetr —
ale wystarczyło.

I Bohater rozumie coś prostego,
co przychodzi zawsze za późno,
a jednak na czas:

że służba
nie polega na tym,
by być widzianym,

lecz by być
na miejscu.

I tak noc po nocy,
zmiana po zmianie,
słowo po słowie,
w tej małej portierni
— przyjaciele —
coś w nim się prostuje.

Nie rana.
Nie pamięć.

Postawa.

I gdy lampka gaśnie o świcie,
a mleczarnia budzi się
jak wielkie zwierzę,
Bohater wstaje spokojnie.

Nie ocalony.
Nie święty.

Ale obecny.

A to —
jak wiecie —
bywa początkiem wszystkiego.

…śpiący na ławce.

Tak to zapisali.
Czarnym atramentem.
Równo.
Bez drżenia ręki.

Jakby zapisali pogodę.
Jakby zapisali: było chłodno.
Jakby zapisali: noc.

A Bohater czyta
i czuje,
że całe jego życie
zostało zredukowane
do jednego zdania,
które nic nie rozumie.

Śpiący.
Na ławce.

Nie: uciekający przed hałasem.
Nie: rozrywany od środka.
Nie: człowiek, który nie znalazł miejsca
na swoją głowę.

Tylko:
śpiący.

I nagle —
jakby ktoś zgasił światło w teatrze —
wszystkie role odpadają.
Operator światła.
Operator dźwięku.
Człowiek kultury.
Człowiek ważny.
Człowiek potrzebny.

Zostaje ciało.
Zmęczone.
Przewrócone.
Oddychające.

I w tym białym pokoju,
gdzie nie ma okien
— a może są, tylko wysoko —
Bohater po raz pierwszy
nie ma argumentów.

Nie może się wyjaśnić.
Nie może się obronić.
Nie może zagrać.

Bezdomny oddycha ciężko.
Osiłek z czaszkami na skórze
śni swoje sny,
których nikt nie chce słuchać.

A Bohater siedzi na łóżku
i myśli:
to mogłem być ja.
I zaraz potem:
to jestem ja.

I ten drugi głos
jest prawdziwszy.

Sanitariusz znika.
Drzwi milczą.
Ściany są czyste,
aż do bólu.

I nagle —
posłuchajcie —
w tej sterylnej bieli
pojawia się coś,
czego nie przewidział.

Wstyd.
Nie krzykliwy.
Nie histeryczny.

Cichy.
Ciężki.
Jak mokry płaszcz.

I razem z nim
przychodzi zdanie,
którego nikt nie wypowiedział,
a które jednak
wybrzmiewa w całym pokoju:

nie ma już dokąd uciekać.

I Bohater —
nasz Bohater —
po raz pierwszy
nie biegnie.

Siedzi.
Oddycha.
Trzyma w ręku świstek
jak relikwię porażki.

I gdzieś bardzo daleko,
pod spodem strachu,
pod spodem wstydu,
pod spodem alkoholu i dymu,
coś jeszcze tli się cicho.

Nie nadzieja.
Nie wiara.

Pamięć.

Lampki w portierni.
Słowa MA-RA-NA-THA.
Chleba, którego nikt nie łamał.

I Bohater myśli —
pierwszy raz bez ucieczki:

jeśli jeszcze raz wyjdę stąd,
to już nie po to,
żeby zniknąć.

…ciągle się śniła.

Jakby czas
zatrzymał się w jednym miejscu
i uparcie nie chciał ruszyć dalej.
Jakby ta chwila była studnią,
z której można czerpać bez dna,
a jednak wciąż pragnąć.

Bohater siedzi nad kartką.
Długopis drży.
Nie z powodu strachu.
Z nadmiaru świata.

Jest jeszcze cały.
Jeszcze nie popękany.
Jeszcze wierzy,
że słowo może uratować wszystko.

Pisze więc,
jak się oddycha przed pierwszym upadkiem.
Bez planu.
Bez ironii.
Bez obrony.

Cynamonowa dziewczyna
jest wszędzie.
W zapachu papieru.
W świetle lampki.
W ciszy pokoju,
która nie jest jeszcze pustką.

I Bohater nie wie —
bo skąd miałby wiedzieć —
że to jest moment,
do którego będzie wracał
całe życie.

Nie do niej.
Do tego,
kim wtedy był.

Do chłopca,
który wierzył,
że miłość
jest światem do zamieszkania,
a nie raną do noszenia.

Kartka przyjmuje wszystko.
Nie poprawia.
Nie ocenia.
Jest cierpliwa jak ziemia.

A słowa płyną dalej,
jakby ktoś inny je dyktował:

że świat można stworzyć
dla jednego spojrzenia,
że wystarczy jedno imię,
by noc przestała być nocą,
że bose stopy
są odpowiedzią
na wszystkie pytania filozofów.

I kiedy kończy,
nie podpisuje się.
Bo po co imię,
skoro jest serce?

Składa kartkę.
Powoli.
Z nabożeństwem.
Jakby składał skrzydła ptaka.

I chowa list.
Nie wysyła.
Jeszcze nie.

A może nigdy.

I ta niewysłana miłość
— przyjaciele —
staje się pierwszym schowkiem pamięci.
Pierwszą kaplicą.
Pierwszym ogrodem,
z którego później
będzie musiał wyjść.

I sen wraca.
Znowu.
I znowu.

Cynamonowa dziewczyna
idzie przez świat zbudowany ze słów.
Uśmiecha się.
Nie mówi nic.

A Bohater budzi się
za każdym razem
z tym samym uczuciem:

że coś najważniejszego
już się wydarzyło,
choć on dopiero
zaczyna żyć.

…i jeszcze raz
ta chwila się śni

 

Dzieje się to na północy, za morzem, w kraju zimnym i jasnym jak metal. Na polanie, pomiędzy jeziorami, stoi przyczepa. Mała, blaszana, obca. W niej siedzi Bohater. Siedzi nieruchomo, jakby czekał na wyrok albo na znak. Chce się uratować. Tylko tyle.

W środku klatki piersiowej ma coś nienasyconego. Nie ból jeszcze, nie myśl. Raczej ruch. Trzepot. Głód bez imienia. Coś, co nie zna granic i nie chce umrzeć. Coś, co domaga się wszystkiego naraz.

Nie słoń. Nie żyrafa.

Jedzie metrem przez T. Centralen. Podziemna rzeka ludzi niesie go jak kłodę. Chce tylko ukojenia, zamknięcia tej otchłani w piersi. Zna drogę do ciemnych miejsc miasta, które świeci jak wystawa. Pyta. Dostaje biały proszek — lekki jak obietnica. Bierze wszystko od razu. Jest Pomylony i wie o tym.

Miasto zaczyna się odklejać. Twarze stają się maskami, ruch — teatrem. Ma wrażenie, że to film, a on gra główną rolę, choć nikt nie powiedział „akcja”. Świat jest makietą, a on przeszedł na drugą stronę dekoracji.

W metrze pojawia się grajek. Dźwięk rozcina przestrzeń. Mówi, że kiedyś śnił, ale się obudził. Dziewczyna patrzy porozumiewawczo. Bohater rozumie: oni wszyscy wiedzą. To jest druga strona rzeki. Tu każdy jest Pomylonym.

W głowie coś się przestawia. Jakby tryby ruszyły bez smaru. Sens wybucha, mnoży się, rozrasta. To nie radość. To nadmiar. Święta choroba znaczeń.

Wraca do przyczepy. Po drodze mija starego człowieka. Patrzy mu w oczy i widzi pustkę. Nie ogień, nie diabła — brak. Zupełny. Śmierć duszy. Dreszcz. Ucieczka.

Pierwsza noc bez snu. Druga we mgle. Trzecia w ciszy, która świszczy w uszach. Myśli pęcznieją, pytania nie mają granic. Kto widzi? Kto słyszy? Kto myśli we mnie?

Nad jeziorem pali kukłę. Nikt. Marionetkę bez imienia. Ogień wybucha jasno, niemal pięknie. Cofając się, wpada do lodowatej wody. Wspina się na wieżę. Gwiazdy są blisko, jakby można je było dotknąć.

Dlaczego jesteśmy oddzieleni? — krzyczy w noc.

I wtedy widzi. Nie wizją, lecz całością. Umiłowany niesie krzyż. Nieprzyjaciel klęczy w pustce. Rozpoznaje, że to jedno. I że on sam jest tym miejscem, gdzie się to spotyka. Krzykiem bez głosu. Raną, która mówi.

Nad ranem wszystko cichnie. W głowie robi się jasno i pusto zarazem. W powietrzu unoszą się drobne światła, jak resztki snu świata. Pokój wraca do klatki piersiowej. Cichy, niepewny.

Bohater idzie wokół jeziora. Zwierzęta patrzą na niego uważnie. Myśli, że przeszedł na drugą stronę rzeczy. Myśli, że dotknął Boga. I że to dotknięcie przyszło przez chorobę.

To było przed chwilą.

 

Bohater kieruje kroki do rodzinnej parafii, jakby wracał nie do miejsca, lecz do zdania, które kiedyś zostało przerwane w połowie. Kaplica misericordia jest mała, przyciemniona, z tym półmrokiem, który nie jest brakiem światła, lecz jego oszczędnością. Światło tu nie wdziera się gwałtownie — ono czeka. Bohater staje i czuje, że stoi także coś w nim, nieruchome, skupione, uważne.

Czego chcesz ode mnie, Umiłowany? Cóż mam uczynić?
Nie mówi tego głośno. To pytanie przechodzi przez ciało jak prąd niskiego napięcia.

Słyszy głos kapłana. Zwyczajny głos, nie podniesiony, nie teatralny. Mówi o Błękitnookim, że kiedy wkracza w ludzkie życie, wszystko się zmienia. I Bohater przyjmuje to zdanie dosłownie, niemal fizycznie, jakby rzeczywiście coś się w nim przestawiało: osie, proporcje, ciężary. Jakby świat, dotąd źle ustawiony, nagle znalazł swoje miejsce — choć na krótko.

Ustawiają się do komunii. Dzieci z rodzicami, małe dłonie trzymane przez większe. Ten widok uderza Bohatera prostotą, która boli. Gdy kapłan kładzie opłatek na jego języku, Bohater czuje nagle, że coś się otwiera. Nie symbolicznie. Dosłownie.

Widzenie przychodzi bez zapowiedzi.

Jasny słup światła, gęsty, ciepły, o barwie poranka. Nie przypomina światła kościelnych witraży ani światła wizji znanych z książek. To światło Schulzowskie: ciężkie od sensu, niemal materialne, jakby można je było nabrać w dłonie. Spływa z góry, z miejsca, które Bohater nazywa odruchem: ad astra. I schodzi w dół, przez głowę, gardło, klatkę piersiową, aż do brzucha. Per aspera. Światło wypełnia ciało komórka po komórce, jakby każda z nich przypominała sobie nagle swoje pierwotne przeznaczenie.

Bohater nie ma wątpliwości: to jest życie. A życie jest światłością ludzi. Po raz pierwszy rozumie to nie rozumem, lecz ciałem.

Wychodzi na ulicę. Miasto jest to samo, a jednak inne, jakby ktoś je przetarł wilgotną szmatką. Spotyka bezdomnego wariata, daje mu pieniądze. Stoją chwilę obok siebie i patrzą przed siebie, nie na siebie. Bezdomny też widzi światło. Mówi spokojnie, bez emfazy, że Duch jest i że tańczy. Bohater nie wątpi ani przez moment.

Widzenie się pogłębia. Pojawia się postać: człowiek z wózkiem, brodaty, o czole wysokim jak sklepienie świątyni. Wózek pusty, a jednak Bohater ma nieodparte wrażenie, że kołysze się w nim coś ogromnego: sny miasta, jego lęki, jego niespełnienia. To nie jest objawienie w sensie religijnym. To raczej nagłe rozszerzenie percepcji, w którym wszystko nabiera znaczenia naraz.

I właśnie wtedy zaczyna się pęknięcie.

Bohater wraca do domu rodzinnego. Kamienica szara, obdarta z tynku. Na podwórzu jabłonka zapada w sen zimowy. Z dołu dochodzą krzyki sąsiadów, trzaskanie meblami. I nagle w Bohaterze zapada się coś, co jeszcze przed chwilą było światłem. W jego miejsce pojawia się wina. Totalna. Absolutna. Nielogiczna, a przez to nie do podważenia.

To moja wina — myśli — moja obecność sprawia, że ludzie cierpią. Ja jestem ich karą.

Myśl ta nie jest myślą. Jest faktem, który domaga się natychmiastowego uznania. Bohater widzi Czarnego, jak porusza się po ścianach, jak cień bez właściciela. Ciało reaguje szybciej niż rozum: pot, drżenie, skurcze. Ściska różaniec tak mocno, że paciorki wbijają się w skórę.

Krzyczy do rodziców, że trzeba jechać do egzorcysty. Nie prosi — informuje. Jest przekonany, że wróg jest realny, obecny, że chodzi po domu jak intruz.

I tak trafiają do miejsca, które jest kolejną stacją tej samej drogi: do szpitala psychiatrycznego. Tam przyjmuje go lekarka o czarnych, kręconych włosach. Patrzy na niego długo, uważnie, jakby nie chciała przerwać ciągu, który się właśnie rozwija.

Kim Pan jest? — pyta.

Bohater odpowiada bez wahania: że jest Tym. A To jest jak Nic. A on sam jest Nikim. Mówi to spokojnie, z przekonaniem. Płacze przy tym i opowiada: o dziewczynie cynamonowej, o zdradzie pocałunkiem, o spirytusie, o narkotykach, o Umiłowanym i o Czarnym. Słowa wylewają się z niego jak zbyt długo tłumiona rzeka.

Lekarka proponuje, by został kilka dni. Wskazuje datę: 22 grudnia. Bohater rozpoznaje w niej znak. Nie symbol, lecz element układu, który właśnie się domyka. Zgadza się bez oporu. Ma poczucie, że poddaje się nie ludziom, lecz konieczności.

Drzwi zamykają się za nim cicho.

I to nie jest koniec objawienia.
To jest jego medyczna forma.

Bo w tej chorobie — jak w krzywym lustrze — Bohater dotknął Boga nie jako idei, lecz jako nadmiaru światła, którego ciało nie potrafiło unieść.

 

Byłem tam.
Widziałem to.
Mówię to ja — Pomylony.

I wraca do mnie biel.
Szpitalna biel, która nie jest czystością,
lecz gumką do mazania świata.
Pierwszy z wielu.
Korytarz długi jak zdanie bez kropki.
Zapach środków dezynfekcji,
który obiecuje porządek,
a przynosi zapomnienie.

Tabletki mają kolory dzieciństwa:
żółte jak cukierki,
białe jak hostia bez światła.
Syropek słodki,
jakby miał przekonać ciało,
że wszystko jest w porządku.
Zastrzyk —
zimny podpis pod losem.

— Pan jest bardzo poważnie chory,
Panie Bohaterze.

Zdanie spada
jak pieczęć.
Nie boli od razu.
Dopiero po chwili
rozchodzi się po ciele.

A papier mówi dalej.
Papier wie lepiej.

Dwudziestopięcioletni pacjent.
Przyjęty z rodziną.
Pogorszenie.
Powrót do kraju.
Zmiana zachowania.
Substancje.
Próba sprzed lat
— małe draśnięcie,
jak zapisano.

Logiczny.
Zorientowany.
Napęd w normie.

A jednak:
myśli.
Treści.
Urojenia.

Ksobe.
Oddziaływanie.
Mesjasz.

Jakby to było nazwisko.
Jakby to było schorzenie narządu,
a nie nadmiar światła w głowie.

Halucynacje —
piszą.
Wzrokowe.

Współpracujący.
Bez myśli.
Tak zapisano.
Choć kłamał.

Wypisany
na własne żądanie.

I leki,
jak dwa kamienie przywiązane do nóg:
Orizon.
Tisercin.

Bohater siedzi na łóżku.
Trzyma kartkę.
Czyta ją jak cudzą biografię.
Nie poznaje się w niej.

Bo tam,
w tym suchym języku,
nie ma jeziora.
Nie ma światła.
Nie ma krzyku w gwiazdy.
Nie ma Mesjasza.

Jest tylko pacjent.
Numer.
Dawka.

A jednak —
posłuchajcie —
coś zostało.

Nie objawienie.
Nie pewność.

Ślad.

Jak zapach dymu w ubraniu
po pożarze,
który już ugaszono.

I Bohater wie jedno:
to, co się wydarzyło,
nie było tylko chorobą.
I nie było tylko Bogiem.

Było przejściem,
na które ciało było za słabe,
a dusza — za otwarta.

I odtąd
będzie musiał żyć
pomiędzy.

Z tabletką.
Z pamięcią.
Z ostrożnością.

I z pytaniem,
którego nie wpisuje się
do dokumentacji:

co zrobić ze światłem,
które przyszło
za wcześnie?

Oto zapiski z tamtego czasu.
Nieporadne, rwane, pisane ręką, która drżała bardziej od myśli.

Bohater chciał skończyć.
Nie w sensie metafory.
Dosłownie.
Spać. Leżeć. Spać.
Otulić się ciemnością jak kocem, który wreszcie nie gryzie.
Zasnę na zawsze — pisał — raz i dobrze.
Nic mi nie zostało.

Pamięta syrenę.
Za głośną.
Zbyt znajomą.
Biel korytarzy, bufet, który zawsze jest nie na miejscu.
Płukanie żołądka.
Czerń.
Mgłę.
I Panią Światła, która mówi, że Błękitnooki kocha.
On milczy.
Milczenie staje się jedyną formą oporu.

Nie uratowałem się — notuje.

Wraca do psychiatryka.
Głody chodzą po nim jak owady.
Po ścianach.
Pot.
Leki.
Więcej leków.
Stopy mokre, brudne, wstydliwe.
Drugiego brzegu już nie ma.
Zostało życie: krótkie, bolesne, jak cień kwiatu.

I nagle — modlitwa.
Nie wzniosła.
Błagalna.

Nie pozwól,
żeby wyschły łzy.
Będę płakał razem z Tobą
nad ranami świata,
nad krzykiem bez odpowiedzi,
nad śpiewem opuszczonych dzieci.

Pisze o ranach,
z których sączy się czarne światło.
Nie ciemność.
Światło, które boli.

W domu rodzinnym patrzy na ikonę.
Umiłowany nie jest jeden.
W jednej twarzy są dwie.
Przypomina sobie kartkę z przyczepy:
2 = 1.

Zapisuje ostrożnie, jakby się bał:

Może świat
jest spotkaniem
Ojca i Syna.
Niezamanifestowane
objawia się
w zamanifestowanym.
Duch tańczy
pomiędzy.

I zaraz potem —
upadek.
Po kryjomu flaszka.
Lufka.
Metaamfetamina.
Jakby chciał udowodnić sobie,
że to jednak tylko uzależnienie,
że to nie było prawdziwe.

Lombard.
Sprzęty.
Proch.
Spirytus.
I cisza po Umiłowanym.

Zbliża się termin odwyku.
Próbuje jeszcze zakonu.
Słyszy: jeszcze nie.
Za wcześnie.
Musisz spotkać Umiłowanego.

Ale przecież — mówi —
ja Go spotkałem.

Odpowiedź jest krótka.
Zbyt trzeźwa.

I tak młodość Bohatera
toczy się między szpitalem,
odwykiem,
knajpą
i pociągiem.
Wśród ruin.
W błocie.

Ad astra —
powtarza Pomylony —
ale najpierw trzeba zejść.

I widzę go,
jak w końcu przestaje się szarpać.
Jak poddaje się ruchowi.
Jak przekracza próg ośrodka terapii.

Nie jak zwycięzca.
Nie jak święty.

Jak ktoś,
kto zgadza się
żyć dalej.

Wśród sklepowych półek ujrzał ją po raz pierwszy — blond włosy, niewysoka, twarz jak rysunek ze starej ikony. Nie zwrócił uwagi, dopóki kolega nie szepnął: „Bohaterze — a może? Do kina?”. Poszli. Puszczali film o uchodźcach — obrazy powolne jak modlitwa. Ona milczała. On nadawał w myśli swoje SOS, ten sygnał, który nosił w sobie od zawsze.

Potem jazz. Garnitur z matury jeszcze pasował. Trąby i bębny rozrzucały światło; on tylko szeptał SOS. Pachniała ładnie — perfumy jak obietnica, ale ważniejsze były słowa: „Prowadziłam zakład pogrzebowy… córka mi umarła… miała rok i pół”. Łzy popłynęły im obojgu; blask Ducha odbił się w krystalicznej wodzie.

On wrócił do poezji. Napisal kilka linijek — proste, bez ozdób, jak podanie ręki:

co nieograniczone — w Twoich oczach,
co bez formy — a całowane z Twoich ust,
co wieczne — a przez chwilę będące nami.

Ona piła herbatę z cytryną i imbirem. Nazwał ją Jutrzenką. Była rytualna, powolna; marzyła o jednym hektarze ziemi, osadzie rodowej według pustelniczych ksiąg z imperialnej północy. On kupił odkurzacz — radość prosta, rzecz do wspólnego 19-metrowego mieszkania.

Spotkanie było niewielkie, a znaczące: dwa samotne światy złączyły się cichym gestem — zaproszeniem do życia, które zaczyna się nie od wielkich słów, lecz od herbaty, od odkurzacza i od tego, że ktoś wysłuchał o śmierci córeczki i nie uciekł.

Miłość — mówię to ja, Pomylony — wchodzi cicho jak choroba i zostaje brutalnie jak wezwanie.
To nie jest czułość z obrazków; to jest trzęsienie ziemi pod poduszką.

Kiedy spotkają się On i Ona, spada kurtyna zwykłego porządku.
W domu robi się huczne i puste zarazem; kuchnia zaczyna biec jak rzeka, a filiżanki
mówią po nocach.

Miłość wygląda jak psychoza, bo wymaga całkowitego przesunięcia środka ciężkości:
serce przestaje być meblem — staje się polem bitwy i ołtarzem jednocześnie.

Jutrzenka stoi obok, trzyma herbata z imbirem; jej rytuał jest tarczą.
Bohater nosi w sobie meteoryt — pęka, lecz przez pęknięcia przedziera się światło.

Szamanka powiedziała: „Twoje ciało jest mostem”.
Mosty bywają chwiejne; przejście przez nie zalewa zimny strumień lęku.

Lęk — ten czarny, pierwotny — przychodzi zawsze w sukurs miłości.
Jej blask rodzi w nim potwora, bo nic nie łączy tak dobrze jak wspólny strach.

Kiedy ślub staje się urzędowy i wegetariański, goście dławieni są ciszą i ościami w gardle.
Ale to tylko papier; prawdziwe przysięgi wypala się ogniem nocy i zimną wodą jeziora.

Miłość jest jak mandala: krąży, pali się, rozrasta i znika.
Możesz ją malować na ścianie kawalerki albo nosić jej ciężar jak świętą ranę.

I jeśli miłość jest psychozą, to niech będzie: bo w tym szaleństwie — miłość uczy nas jednego prostego gestu:
przyjąć drugiego z całą jego ciemnością i światłem.

Zapach kwiatu — powiedział.
Ze strachem i smutkiem.
Miłość odeszła — dodał.

Uśmiechnęła się.
Wzięła jego dłoń.
Usiedli do medytacji.
Wskazała poza myśl, ku sercu Tego, który jest widzeniem.
Nie jesteś myślą — powiedziała.
To, co odeszło, wraca jak zapach kwiatu.
Nic nie pragnie, prócz bycia.

Potem była klinika.
Ciocia umierała.
Stał przy łóżku.
Za nim stał Umiłowany.
Z Jego serca wychodziły dwa promienie — czerwony i biały —
przechodziły przez rany Bohatera,
docierały do starego ciała.
Nie bój się — powiedział — śmierć jest przejściem.
Nazajutrz odeszła.

Cisza pękała.
Światło przedzierało się od środka.

Potem przyszła noc.
Lęk.
Czarny.
Uderzenie w bożka.
Upadek w otchłań.
Telefon.
Połóż dłoń na sercu i zaproś Go.

I przyszedł.

Stał na straży serca.
Niósł go.
Wszystko prowadziło do tej chwili.

Później wspólnota.
Ikona pośrodku pokoju.
Słowo: MA RA NA THA.
Przyjdź.
Światło pod zamkniętymi powiekami.
Duch tańczący w sercach.

W pustelni świat zwolnił.
Drewniany dom.
Pies.
Dwa koty.
Jutrzenka.
Malwy.
Codzienność bez hałasu.

Królestwo nie przyszło z zewnątrz.
Wyłoniło się z ciszy.
Z rąk pracujących.
Z oczu zdziwionych istnieniem.

Aż w końcu Bohater zrozumiał:
Mesjasz nie wraca w chwale.
Wraca w obecności.
Za każdym razem, gdy ktoś mówi „tak” temu, co jest.

I teraz —
zdejmij sandały.
Ta chwila jest święta.

Bohaterze.
Cicho.
Już jesteś.

Epilog

Nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Świat nie pękł ani nie zamilkł. Kury grzebały w ziemi, wiatr przesuwał cień malw, a dzień wstał jak zawsze — bez fanfar.

A jednak Mesjasz wrócił. Nie w chwale, nie w świetle reflektorów. Wrócił w obecności. W dłoniach, które myją kubek. W ciszy, która nie ucieka. W słowie „tak”, wypowiedzianym temu, co jest.

Bohater już nie szuka znaków. Wie, że przychodzą same — gdy są potrzebne. Wie też, że choroba i łaska mogą mieć ten sam zapach: metaliczny, ostry, a potem czysty jak poranek.

Pomylony mówi: Królestwo nie przyszło. Królestwo zostało rozpoznane.

I na tym kończy się ta ewangelia. Nie dlatego, że wszystko zostało powiedziane. Lecz dlatego, że można już milczeć.

 


Komentarze

Popularne posty